|
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Alternatywa - my w sieci...
Czytelnia
Ikony
Wspieramy
Zaopatrzenie domostwa
|
poniedziałek, 14 stycznia 2008
Ira - dwa lata temu...
Irysek już od bladego świtu buszuje po mieszkaniu.... Posłanie przesunęła już na środek korytarza, gryzaki rozrzuciła po kuchni, piłkę wepchnęła w najciemniejszy kąt pokoju... Dobrze, że przywiązany linka do drzwi pluszak jeszcze nie zmienił miejsca swojego pobytu. Małe, łaciate tornado nie wpadło jeszcze na pomysł jak biedaka uwolnić od zabierającej mu swobodę linki, a próbowała... Próbowała zawzięcie! Biglówka chwilowo przeniosła się do dużego pokoju, gdzie z zapałem gania piszczącego jeża, który szalenie intrygująco podryguje, kiedy się go trąci noskiem lub małą, biała łapką... a ja korzystając z chwili jej nieuwagi wymykam się chyłkiem do łazienki, gdzie mam nadzieję wziąć porządną, kilkunastominutową kąpiel bez małego piszczadła skaczącego koło napełnionej wodą wanny. Taaaaak. Ciepło przyjemnie rozchodzi się po moim ciele... wzdycham z zadowoleniem...przyjemnie. Woda, wpadająca do wanny niewielkim strumykiem, nieznacznie podwyższa temperaturę szybko stygnącej kąpieli. W tym czasie Ira rozsiada się wygodnie na środku przedpokoju i tarmosi niemiłosiernie za uszy swoją mychę –poduchę. - Niedobra! – powarkuje z irytacją – ja cię nauczę, kto tu rządzi! Miałaś leżeć grzecznie na środku, a ty mi tu łapy podstawiasz! A masz, paskudna! Odgłosy toczącej się bitwy powoli cichną, co wywołuje moje lekkie zaniepokojenie. Co ona tym razem kombinuje? Nie chce mi się wierzyć, że nic... I mam rację. Po chwili z pokoju dobiega donośne „łup!”, a mała biglówka, niczym wystrzelona z procy, przelatuje z rozwianymi uszami przez korytarz i z piskiem ląduje w swoim posłaniu. - Ja nie chciałam, nie chciałam – jęczy – to samo tak zrobiło! Natychmiast czujnie wychylam się z łazienki, pośpiesznie wycierać się ręcznikiem. Iryska podpełza do mnie z winą wypisana na pyszczku. - Ratuj, ratuj! – piszczy – To straszne, potworne! Mocno zaniepokojona biorę psa pod pachę i zdecydowanym krokiem podążam na miejsce katastrofy. Kiedy wchodzę do pokoju od razu widzę powód całej paniki – spora dracenka, stojąca do tej pory koło telewizora teraz smętnie leży przewrócona na bok i gniecie swój swoje i tak niezbyt liczne listki. - No tak. – mruczę niezadowolona – obejrzeć kwiatek się psu zachciało, tak? - Patrzę się na Irę z wyrzutem, lekko tarmosząc ją za futerko. – Ale dlaczego od razu chciałaś włazić do doniczki? Z dołu nie było widać? Psie ślepka wpatrują się we mnie przekazując mi najszczersze przeprosiny, a już za chwilę mały język zawzięcie wylizuje mi ucho. - Bardzo się wystraszyłam – mówi mi biglówka – już nie będę ruszać, naprawdę! - Jasne. Już to widzę – stawiam psa przy doniczce, aby dokładnie mogła zbadać rozmiar swej zbrodni i idę po szczotkę do zamiatania. Iryska profilaktycznie podąża za mną... Niedługo później przechodząc do pokoju widzę ewidentne efekty psiej recydywy: w korytarzu niczym wyrzut sumienia leżą listki z trzykrotki, którą babcia tak pracowicie sadziła wokół podarowanej nam na nowe mieszkanie dorodnej draceny. - Czekaj no ty – myślę sobie – będziesz mi tu kwiatka bezczelnie obżerać? – rozglądam się uważnie, ale Ira leży na swoim posłaniu z najniewinniejszym spojrzeniem pod słońcem, na dodatek uroczo obracając w pyszczku swojego piszczącego jeżyka. - Do mnie mówisz? – wydaje się pytać – ja jestem grzeczna przecież... Niby tak... ale Andrzej mi tej trzykrotki przecież nie wyrwał! Idę do pokoju i biorę do ręki naszą tajną broń – jakieś cudo w sprayu mające zapobiegać podgryzaniu przedmiotów przez szczeniaki. Psikam trochę na palec... i na wszelki wypadek ostrożnie oblizuję... Jeżeli mnie nie zaszkodzi to i jej nie powinno. To był bardzo głupi pomysł. W te pędy lecę do łazienki i kilkukrotnie płuczę usta... zanim to pioruńsko gorzkie paskudztwo wykręci moje kubki smakowe w chińską ósemkę! - Stara a głupia! - myślę sobie. Cóż... plus jest taki, że przynajmniej sprawdziłam, czy nie jest trujące – w przeciwieństwie do niektórych kwiatów doniczkowych. Kto wie – może i trzykrotka do nich należy? Idę do pokoju i obficie spryskuję zagrożoną roślinkę. Jeżeli ten zajzajer jej nie wykończy, jest szansa, że uniknie pożarcia przez drapieżną łaciatą szarańczę. Porządnie wymęczeni po uczciwym dniu pracy siadamy do obiadu. Kurczak w sosie pachnie przepięknie, ale z niewiadomych powodów widelec Andrzeja zatrzymuje się w połowie drogi... - Zobacz – mówi zaskoczony – biglówa wstrętna! Spoglądam we wskazaną stronę i widzę obraz nędzy i rozpaczy: rozrzucona ziemia i sterczące kikuty trzykrotki dobitnie świadczą o mających tutaj miejsce dantejskich scenach. - Wyżarła! – aż mnie zatyka z zaskoczenia – a przecież.... No tak... możliwe , że specyfik zdążył wywietrzeć, minęło już kilka dni. Porzucamy obiad i ruszamy na poszukiwania... Cenną wskazówką jest tutaj odgłos psiego mlaskania dobiegający z sąsiedniego pokoju, gdzie nasza urocza suńka siedzi zadowolona z paszczą pełną łodyżek i wymiętoszonych listków... - Zobaczcie co mam! – merda do nas na powitanie... Wynik spotkania Ira vs Trzykrotka – 1: 0.
piątek, 04 stycznia 2008
Zapomnienie
Zapomniałam trochę o tym blogu.... przytyliśmy postanowień noworocznych nie robiliśmy...ale niech będzie nim to, żebym systematycznie zaglądąła tutaj, bo szkoda, żeby taki kawła życia pozostawął w zapomnieniu... przepraszam..obiecuję poprawę :)
piątek, 23 listopada 2007
2:0 dla wirusa
W domu mamy lazaret.
środa, 21 listopada 2007
E-beagle pomaga
Istnieje takie forum internetowe - enklawa beagli i skupisko ludzi beaglowo zakręconych.
wtorek, 20 listopada 2007
Beagle w naszym domu... dni pierwsze
Słyszę odgłos drapania małych pazurków o metalową ramę łóżka. Jak co rano Ira próbuje zawzięcie wdrapać się do nas, a jej nieustające, pełne złości piski i pomruki dobitnie dowodzą, jak bardzo jest zirytowana. Wypraktykowanym ruchem strącam ja z powrotem na ziemię, zniechęcam kilkoma słowami i szybko odwracam się na drugi bok. Biglówka parska z niezadowoleniem i drepcze pod łóżkiem aby zaatakować także z drugiej strony. Po chwili wyrzuty sfrustrowanego psa, nieco stłumione przez narzutę i kołdrę, dobiegają zza Andrzeja, który zmęczony po nocnej zmianie nie zwraca na te drobne niedogodności najmniejszej uwagi. Szybko doprowadza to Iryska do szczerej rozpaczy... Jęcząc smętnie wędruje w stronę swojego koszyka i z głębokim westchnięciem pada na swoja mychę – poduchę. Poirytowana zaczyna obgryzać brzeg kocyka. Śmieję się w duchu – jeszcze kilka minut snu, jakże cenne kilka minut... Niedługo później znowu włącza się syrena alarmowa. Pogodzona z losem zsuwam się z posłania i przytulam bardzo zadowolonego z siebie psa, który korzystając z tej okazji wylizuje mi uszy i zaczyna ciągnąć za włosy. Półprzytomna odrywam drapieżnika od siebie i spoglądam z wyrzutem - No wiesz? Tylko po to mnie budziłaś? – mówię. Niewinne, wesołe spojrzenie Iryska, oraz nieustające zaczepki mówią mi jak bardzo się cieszy na mój widok... cóż, jak tu się gniewać na wcieloną słodycz? Zbieram wszystkie potrzebne drobiazgi, podczas gdy biglówa wylizuje mi dokładnie wszystkie palce u nóg i zabiera się za podgryzanie paznokcia...tego już za wiele! Uciekam do łazienki zostawiając Andrzeja na pastwę budzącego się aligatora. Już po chwili mała mordka pojawia się w drzwiach. - Co robisz?- patrzy pytająco Irys. – Może ci pomogę? Nie czekając na zachętę zabiera się za porządkowanie ręczników, sprawdzanie kapci i dywanika. Co chwila wyjmuję z pracowitego pysia kolejne elementy mojej garderoby lub łazienkowego wyposażenia. - Czekaj ty! – złorzeczę pod nosem – Niech tylko stolarz zrobi wreszcie szafki, to skończą się twoje loty! - Akurat – wydaje się odpowiadać Ira – Już ja sobie znajdę cos do roboty, nie bój się. Ooo... a to co? Troczek? Jaki łaaaaaadny....... W ostatniej chwili wyrywam biglówie z paszczy pasek od szlafroka i podtykam w zamian jej własny gryzak z linki. Po chwili namysłu, przystaje na ten układ, a ja mogę założyć uratowany szlafrok na siebie i poczłapać do kuchni. Pies oczywiście w podskokach podąża za mną. - Będziemy jeść, prawda? Będziemy? – biglówka krąży podekscytowana wokół moich nóg, co chwila znacząco opierając się o mnie małymi łapkami lub skrobiąc kompletem pazurków. Energia ją roznosi. Irysek okrąża kuchnię węsząc zawzięcie, wtyka nos we wszystkie szpary w szafkach i szufladach, podskakuje jak sprężynka... lub raczej jak mało rozgarnięta ropuszka, bo małe łapki ślizgają się bardzo i rozjeżdżają po kuchennej terakocie. Nakładam swoje śniadanie, po czym wyciągam z szafki nowy nabytek – piękna metalową, podgumowaną michę. - Tej już ni dasz rady przewrócić, kochanie – stwierdzam z mściwą satysfakcją – chyba, że cała do niej wleziesz! – i zaraz reflektuję się, że nie jest to wcale takie nieprawdopodobne... Może lepiej nie poddawać jej głupich pomysłów? Ira patrzy się na mnie podejrzliwie. - O co jej chodzi? – myśli sobie – Co ja złego zrobiłam? Chciałam tylko wszystkie swoje rzeczy zebrać w jedno miejsce... a że w misce było trochę wody... to drobiazg przecież, z podłogi smakuje tak samo! Nakładam do miski psie śniadanie, nie zważając na nieme prośby wygłodniałej biglówki. Stawiam miskę i ... zatyka mnie ze śmiechu! - Ojejku, co to, co to??? – Ira z szeroko otwartymi ze strachu ślepkami krąży wokoło pachnącej smakowicie miski bojąc się podejść bliżej – Tam się cos ruuuszaaaa!!!! Metalowa miska odbija niewzruszenie zbliżająca się do niej psią postać. Małą wyraźnie to niepokoi.... a z drugiej strony...tam jest przecież śniadanie! Iryskowi ślinka kapie z pyśka, a tam czai się coś strasznego, pilnującego jej jedzenia! - Co mam zrobić?! – piszczy – to na pewno chce mi zabrać śniadanie! – po kilku chwilach desperackiego dreptania w miejscu dzielna mała biglówka, profilaktycznie rozpłaszczona na podłodze jak naleśnik, podczołguje się do podejrzanego zjawiska. Kiedy tylko trąca noskiem miskę nieco się uspokaja, ale bardzo szybko pochłania przygotowana dla niej porcję...tak na wszelki wypadek... A może tajemnicze „coś” zgłodnieje i wróci? Irycha nasza biglowa...
niedziela, 18 listopada 2007
Inspiracja pierwsza - Lady of Shalott.
Niedawno pisałam na Tworzysku o moich literackich i malarskich miłościach, a zwłaszcza o Waterhousie, który najwyraźniej podobnie jak ja upodobał sobie pewne postacie mitologiczne i literackie i konsekwentnie je przedstawiał. To, o czym chciałabym napisać nie jest ani popularne, ani medialne. Cóż za historia... dzisiaj o takich plątaninach uczuciowych kręci się seriale w krajach ameryki południowej – w czasach sir Thomasa Malory’ego pisano poematy i romanse, wyśpiewywane potem pokątnie przez trubadurów, truwerów i skaldów... i kogo tam jeszcze matka miała, a uzdolniony muzycznie był.
Jednego tylko w tych historiach nie rozumiem: ponoć Lancelot był nieszczególnej urody... to czego te durne baby tak za nim szalały? Aż strach pomyśleć jakimi zaletami nadrabiał niedoskonałości urody... Poniżej kanadyjka Loreena McKennitt i jej wersja „Pani z Shalott” Alem się rozpisała... A tutaj znaleziona przezer mnie impresja na temat tego utworu - polecam :)
środa, 14 listopada 2007
Ira - wspomnienie sprzed dwóch lat
Jedziemy.
poniedziałek, 12 listopada 2007
Knot - work czyli supełkowo ;)
Nie wszystkim wystarcza, że się realizuję w decu - pewne jednostki, do których mam wieloletnią słabość a one o tym wiedzą i to wykorzystują ( i słusznie) wierzą w moje możliwości i mordują mnie o pewne prace plastyczne - konkretnie ... o projekt tatuażu. Projekt właściciela to mniej więcej:
środa, 07 listopada 2007
Z cyklu "Kuchnia ekstremalna" - ciasto bez jaj :)
Przepis podała mi dawno temu moja cioteczna siostra ,która z natury ceni rzeczy w dobrym guście a przy tym wyszukane. Cóż, jeśli ciasto bezjajowe nie jest wyszukane, to ja jestem chińska księżniczka... ma wiele zalet: - nie musisz mieć jaj, żeby je piec (zaleta feministyczna); - nie musisz mieć jaj, żeby je piec (zaleta dla ostrożnych i strachliwych); - nie musisz mieć jaj, żeby je piec (zaleta dla oszczędnych); - a poza tym, naprawdę nie musisz mieć jaj, żeby je piec...i do tego jest wyśmienite... niestety, są też wady - aby zrobić ciasto musisz mieć: § 1,5 szklanki mąki § 1,5 szklanki cukru pudru § 1,5 szklanki kaszy manny § 1 łyżeczka proszku do pieczenia § 1 cukier waniliowy § 2 kg kwaśnych jabłek § 1 margaryna (lub minimalnie więcej) Przygotowanie: Wymieszać wszystkie sypkie składniki w miseczce (polecam użycie rąk - to takie miłe uczucie.... - ach rozmarzyłam się....)i podzielić na 3 równe części. Oczywiście jeśli będą równe tylko mniej więcej, też nic się nie stanie, bo i dlaczego miałoby. Następnie należy wykonać kolejną brudzącą czynność - wysmarować i posypać bułką tartą blachę lub inne korytko do pieczenia,po czym wysypać na nią 1 sypką część. Pierwsze koty za płoty, lecimy dalej z tym ciastem. Teraz czas, aby nałożyć połowę startych na tarce jabłek, przykryć je drugą sypką częścią ciasta - jeśli bedzie te jałka troszke widać, wszystko dobrze :) potem znowu nałożyć jabłka i przykryć je częścią sypką. Uwaga - teraz najciekawsze: na wierzchu całego ciasta a w zasadzie surowizny ułożyć równomiernie pokrojoną w cienkie plasterki margarynę.(co za zaskoczenie...) Piec ciasto w piekarniku rozgrzanym do ok. 180 stopni przez około 50 minut, choć czasem można dłużej, żeby na pewno się dopiekło :) I to tyle - potem pozostaje nam juz tylko rozkoszowanie się wybornym smakiem tego niecodziennego specjału :)
wtorek, 06 listopada 2007
Rozmowy zaduszkowe
Ciemna noc, głucha cisza.
|