poniedziałek, 14 stycznia 2008
Ira - dwa lata temu...
Irysek już od bladego świtu buszuje po mieszkaniu....
Posłanie przesunęła już na środek korytarza, gryzaki rozrzuciła po kuchni, piłkę wepchnęła w najciemniejszy kąt pokoju... Dobrze, że przywiązany linka do drzwi pluszak jeszcze nie zmienił miejsca swojego pobytu. Małe, łaciate tornado nie wpadło jeszcze na pomysł jak biedaka uwolnić od zabierającej mu swobodę linki, a próbowała... Próbowała zawzięcie!
Biglówka chwilowo przeniosła się do dużego pokoju, gdzie z zapałem gania piszczącego jeża, który szalenie intrygująco podryguje, kiedy się go trąci noskiem lub małą, biała łapką... a ja korzystając z chwili jej nieuwagi wymykam się chyłkiem do łazienki, gdzie mam nadzieję wziąć porządną, kilkunastominutową kąpiel bez małego piszczadła skaczącego koło napełnionej wodą wanny.
Taaaaak.
Ciepło przyjemnie rozchodzi się po moim ciele... wzdycham z zadowoleniem...przyjemnie.
Woda, wpadająca do wanny niewielkim strumykiem, nieznacznie podwyższa temperaturę szybko stygnącej kąpieli.
W tym czasie Ira rozsiada się wygodnie na środku przedpokoju i tarmosi niemiłosiernie za uszy swoją mychę –poduchę.
- Niedobra! – powarkuje z irytacją – ja cię nauczę, kto tu rządzi! Miałaś leżeć grzecznie na środku, a ty mi tu łapy podstawiasz! A masz, paskudna! Odgłosy toczącej się bitwy powoli cichną, co wywołuje moje lekkie zaniepokojenie. Co ona tym razem kombinuje? Nie chce mi się wierzyć, że nic... I mam rację.
Po chwili z pokoju dobiega donośne „łup!”, a mała biglówka, niczym wystrzelona z procy, przelatuje z rozwianymi uszami przez korytarz i z piskiem ląduje w swoim posłaniu.
- Ja nie chciałam, nie chciałam – jęczy – to samo tak zrobiło!
Natychmiast czujnie wychylam się z łazienki, pośpiesznie wycierać się ręcznikiem.
Iryska podpełza do mnie z winą wypisana na pyszczku.
- Ratuj, ratuj! – piszczy – To straszne, potworne!
Mocno zaniepokojona biorę psa pod pachę i zdecydowanym krokiem podążam na miejsce katastrofy.
Kiedy wchodzę do pokoju od razu widzę powód całej paniki – spora dracenka, stojąca do tej pory koło telewizora teraz smętnie leży przewrócona na bok i gniecie swój swoje i tak niezbyt liczne listki.
- No tak. – mruczę niezadowolona – obejrzeć kwiatek się psu zachciało, tak? - Patrzę się na Irę z wyrzutem, lekko tarmosząc ją za futerko.
– Ale dlaczego od razu chciałaś włazić do doniczki? Z dołu nie było widać?
Psie ślepka wpatrują się we mnie przekazując mi najszczersze przeprosiny, a już za chwilę mały język zawzięcie wylizuje mi ucho.
- Bardzo się wystraszyłam – mówi mi biglówka – już nie będę ruszać, naprawdę!
- Jasne. Już to widzę – stawiam psa przy doniczce, aby dokładnie mogła zbadać rozmiar swej zbrodni i idę po szczotkę do zamiatania. Iryska profilaktycznie podąża za mną...

Niedługo później przechodząc do pokoju widzę ewidentne efekty psiej recydywy: w korytarzu niczym wyrzut sumienia leżą listki z trzykrotki, którą babcia tak pracowicie sadziła wokół podarowanej nam na nowe mieszkanie dorodnej draceny.
- Czekaj no ty – myślę sobie – będziesz mi tu kwiatka bezczelnie obżerać? – rozglądam się uważnie, ale Ira leży na swoim posłaniu z najniewinniejszym spojrzeniem pod słońcem, na dodatek uroczo obracając w pyszczku swojego piszczącego jeżyka.
- Do mnie mówisz? – wydaje się pytać – ja jestem grzeczna przecież...
Niby tak... ale Andrzej mi tej trzykrotki przecież nie wyrwał!
Idę do pokoju i biorę do ręki naszą tajną broń – jakieś cudo w sprayu mające zapobiegać podgryzaniu przedmiotów przez szczeniaki. Psikam trochę na palec... i na wszelki wypadek ostrożnie oblizuję... Jeżeli mnie nie zaszkodzi to i jej nie powinno.
To był bardzo głupi pomysł.
W te pędy lecę do łazienki i kilkukrotnie płuczę usta... zanim to pioruńsko gorzkie paskudztwo wykręci moje kubki smakowe w chińską ósemkę!
- Stara a głupia! - myślę sobie.
Cóż... plus jest taki, że przynajmniej sprawdziłam, czy nie jest trujące – w przeciwieństwie do niektórych kwiatów doniczkowych. Kto wie – może i trzykrotka do nich należy?
Idę do pokoju i obficie spryskuję zagrożoną roślinkę.
Jeżeli ten zajzajer jej nie wykończy, jest szansa, że uniknie pożarcia przez drapieżną łaciatą szarańczę.

Porządnie wymęczeni po uczciwym dniu pracy siadamy do obiadu.
Kurczak w sosie pachnie przepięknie, ale z niewiadomych powodów widelec Andrzeja zatrzymuje się w połowie drogi...
- Zobacz – mówi zaskoczony – biglówa wstrętna!
Spoglądam we wskazaną stronę i widzę obraz nędzy i rozpaczy: rozrzucona ziemia i sterczące kikuty trzykrotki dobitnie świadczą o mających tutaj miejsce dantejskich scenach.
- Wyżarła! – aż mnie zatyka z zaskoczenia – a przecież.... No tak... możliwe , że specyfik zdążył wywietrzeć, minęło już kilka dni.
Porzucamy obiad i ruszamy na poszukiwania... Cenną wskazówką jest tutaj odgłos psiego mlaskania dobiegający z sąsiedniego pokoju, gdzie nasza urocza suńka siedzi zadowolona z paszczą pełną łodyżek i wymiętoszonych listków...
- Zobaczcie co mam! – merda do nas na powitanie...

Wynik spotkania Ira vs Trzykrotka – 1: 0.
00:53, lady_finnabair , Zwierzyniec
Link Komentarze (3) »
piątek, 04 stycznia 2008
Zapomnienie

Zapomniałam trochę o tym blogu....
tak wiele sie dzieje ,że nie mam czasu na głebsze refleksje, wszystko co robię kręci sie albo wokoł pracy albo wokół twórczego hobby... o ile pierwsze działania potrafią być prawdziwą katorgą o tyle drugie, to ekscytująca męka twórcza (lub tfurcza jak kto woli).
Bilans pożwiąteczny zrobiony -

przytyliśmy
rozdaliśmy świece a te, których nie rozdlaiśmy  - spaliliśmy
wyzarliśmy prawie wszystko z lodówki - czyścimy ją przed dietą
zyskaliśmy kilka zbednych przedmiotów typu dzbanuszki czy świeczniczki
pojawiła sie w naszym domu noiwa ksiazka Nigelli Lawson (yeah!)
Jędrek WRESZCIE ma zegarek
poznalismy kilku nowych, rewelacyjnych ludzi i jak do tej pory nie otrząsnęliśmy sie z wrażenia
ciagle mamy brudny samochód - miał być czysty na wigilię, ale jaoś sie nie złożyło ;)
dekoracje świateczne lekko jakby podupadły a zwłaszcza aniołek był zaniemógł w tajemniczy sposób;)
.... sporo tego ;)

postanowień noworocznych nie robiliśmy...ale niech będzie nim to, żebym systematycznie zaglądąła tutaj, bo szkoda, żeby taki kawła życia pozostawął w zapomnieniu...

przepraszam..obiecuję poprawę :) 

23:46, lady_finnabair , Ona pisze
Link Komentarze (2) »
piątek, 23 listopada 2007
2:0 dla wirusa

W domu mamy lazaret.
Ja dochodzę do siebie po ataku wirusa, Jędrek wczoraj padł na placu boju z gorączką i opuchnietymi węzłami chłonnymi. Cierpi po cichu, ale już widzę, że go roznosi i ze telewizja wywołuje w nim coraz większa irytację. Gorączka mu skacze...musi sie czuć naprawde fatalnie, bo nawet nie zajrzał do instrukcji od Starcrafta, który przyszedł przedwczoraj... a tak mu sie oczy błyszczały ze szczęścia jak rozpakowywał.
Zapasy soku malinowego topnieją w zastraszającym tempie podobnie jak  znikają chusteczki i papier toaletowy...zobaczymy jak to sie skończy. Na razie 2 : 0 dla wirusa.
Jędrek idąc  - a raczej człapiąc smętnie przez korytaż rzucił godne uwagi zdanie:
- Chciałbym być zdrowy, siedzieć w domu, pić whiskey i kochać się z żoną a nie byc taki kurde....farfocel.
Nie skomentuję chyba kolejności wymienianych tutaj czynności..fakt whiskey leży w lodówce, a ponoć rewelacyjna jest, rewelacyjna...

21:09, lady_finnabair , Dialogi domowe
Link Komentarze (9) »
środa, 21 listopada 2007
E-beagle pomaga

Istnieje takie forum internetowe -  enklawa beagli i skupisko ludzi beaglowo zakręconych.
Najwspanialsze jest w nich to, że mają wielkie serducha i lubią pomagać...

Forum beaglowe stworzyło bazarek, z którego cały dochód jest przekazywany na potrzeby tych najmniejszych i najbiedniejszych... a idzie zima, najgorszy czas dla chorych i bezdomnych zwierzaków.
My takze wspieramy jak mozemy - finansowo i wystawiając własnoręcznie wydziergane przemioty... to ciągle za mało, ale każda kolejna złotówka to kolejna porcja jedzenia czy kawałek ciepłego kocyka na zmarznęte grzbiety.

13:27, lady_finnabair , Zwierzyniec
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 listopada 2007
Beagle w naszym domu... dni pierwsze
Słyszę odgłos drapania małych pazurków o metalową ramę łóżka.
Jak co rano Ira próbuje zawzięcie wdrapać się do nas, a jej nieustające, pełne złości piski i pomruki dobitnie dowodzą, jak bardzo jest zirytowana. Wypraktykowanym ruchem strącam ja z powrotem na ziemię, zniechęcam kilkoma słowami i szybko odwracam się na drugi bok.
Biglówka parska z niezadowoleniem i drepcze pod łóżkiem aby zaatakować także z drugiej strony.
Po chwili wyrzuty sfrustrowanego psa, nieco stłumione przez narzutę i kołdrę, dobiegają zza Andrzeja, który zmęczony po nocnej zmianie nie zwraca na te drobne niedogodności najmniejszej uwagi. Szybko doprowadza to Iryska do szczerej rozpaczy... Jęcząc smętnie wędruje w stronę swojego koszyka i z głębokim westchnięciem pada na swoja mychę – poduchę. Poirytowana zaczyna obgryzać brzeg kocyka.
Śmieję się w duchu – jeszcze kilka minut snu, jakże cenne kilka minut...
Niedługo później znowu włącza się syrena alarmowa.
Pogodzona z losem zsuwam się z posłania i przytulam bardzo zadowolonego z siebie psa, który korzystając z tej okazji wylizuje mi uszy i zaczyna ciągnąć za włosy.
Półprzytomna odrywam drapieżnika od siebie i spoglądam z wyrzutem
- No wiesz? Tylko po to mnie budziłaś? – mówię.
Niewinne, wesołe spojrzenie Iryska, oraz nieustające zaczepki mówią mi jak bardzo się cieszy na mój widok... cóż, jak tu się gniewać na wcieloną słodycz?
Zbieram wszystkie potrzebne drobiazgi, podczas gdy biglówa wylizuje mi dokładnie wszystkie palce u nóg i zabiera się za podgryzanie paznokcia...tego już za wiele!
Uciekam do łazienki zostawiając Andrzeja na pastwę budzącego się aligatora. Już po chwili mała mordka pojawia się w drzwiach.
- Co robisz?- patrzy pytająco Irys. – Może ci pomogę? Nie czekając na zachętę zabiera się za porządkowanie ręczników, sprawdzanie kapci i dywanika. Co chwila wyjmuję z pracowitego pysia kolejne elementy mojej garderoby lub łazienkowego wyposażenia.
- Czekaj ty! – złorzeczę pod nosem – Niech tylko stolarz zrobi wreszcie szafki, to skończą się twoje loty!
- Akurat – wydaje się odpowiadać Ira – Już ja sobie znajdę cos do roboty, nie bój się. Ooo... a to co? Troczek? Jaki łaaaaaadny....... W ostatniej chwili wyrywam biglówie z paszczy pasek od szlafroka i podtykam w zamian jej własny gryzak z linki. Po chwili namysłu, przystaje na ten układ, a ja mogę założyć uratowany szlafrok na siebie i poczłapać do kuchni. Pies oczywiście w podskokach podąża za mną.
- Będziemy jeść, prawda? Będziemy? – biglówka krąży podekscytowana wokół moich nóg, co chwila znacząco opierając się o mnie małymi łapkami lub skrobiąc kompletem pazurków. Energia ją roznosi.
Irysek okrąża kuchnię węsząc zawzięcie, wtyka nos we wszystkie szpary w szafkach i szufladach, podskakuje jak sprężynka... lub raczej jak mało rozgarnięta ropuszka, bo małe łapki ślizgają się bardzo i rozjeżdżają po kuchennej terakocie.
Nakładam swoje śniadanie, po czym wyciągam z szafki nowy nabytek – piękna metalową, podgumowaną michę.
- Tej już ni dasz rady przewrócić, kochanie – stwierdzam z mściwą satysfakcją – chyba, że cała do niej wleziesz! – i zaraz reflektuję się, że nie jest to wcale takie nieprawdopodobne... Może lepiej nie poddawać jej głupich pomysłów?
Ira patrzy się na mnie podejrzliwie.
- O co jej chodzi? – myśli sobie – Co ja złego zrobiłam? Chciałam tylko wszystkie swoje rzeczy zebrać w jedno miejsce... a że w misce było trochę wody... to drobiazg przecież, z podłogi smakuje tak samo!
Nakładam do miski psie śniadanie, nie zważając na nieme prośby wygłodniałej biglówki. Stawiam miskę i ... zatyka mnie ze śmiechu!
- Ojejku, co to, co to??? – Ira z szeroko otwartymi ze strachu ślepkami krąży wokoło pachnącej smakowicie miski bojąc się podejść bliżej – Tam się cos ruuuszaaaa!!!!
Metalowa miska odbija niewzruszenie zbliżająca się do niej psią postać. Małą wyraźnie to niepokoi.... a z drugiej strony...tam jest przecież śniadanie! Iryskowi ślinka kapie z pyśka, a tam czai się coś strasznego, pilnującego jej jedzenia!
- Co mam zrobić?! – piszczy – to na pewno chce mi zabrać śniadanie! – po kilku chwilach desperackiego dreptania w miejscu dzielna mała biglówka, profilaktycznie rozpłaszczona na podłodze jak naleśnik, podczołguje się do podejrzanego zjawiska.
Kiedy tylko trąca noskiem miskę nieco się uspokaja, ale bardzo szybko pochłania przygotowana dla niej porcję...tak na wszelki wypadek... A może tajemnicze „coś” zgłodnieje i wróci?


Irycha nasza biglowa...

23:50, lady_finnabair , Zwierzyniec
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 listopada 2007
Inspiracja pierwsza - Lady of Shalott.

Niedawno pisałam na Tworzysku o moich literackich i malarskich miłościach, a zwłaszcza o Waterhousie, który najwyraźniej podobnie jak ja upodobał sobie pewne postacie mitologiczne i literackie i konsekwentnie je przedstawiał.
Myślałam nawet przez moment o zrobieniu mini – galerii jego obrazów, ale chyba zajęło by to zbyt wiele miejsca na tym nieszczęsnym blogu, który bądź co bądź ma być blogiem domowym.
Dzisiaj jednak po raz kolejny obejrzałam jego prace i nosi mnie po prostu, męczy.

To, o czym chciałabym napisać nie jest ani popularne, ani medialne.
Nie zawiera scen erotycznych ani biegania po krzakach z kałaszem i bazooką w rękach.
Nie mówi o obecnym lub ubiegłym ustroju politycznym ani kogo zlustrować, choć... lustro faktycznie też tam występuje..
Pani z Shalott.
Kobieta pojawiająca się nagle w literaturze angielskiej za sprawą słynnego dość poety Alfreda Tennysona i jego poematu. Kobieta będąca bożyszczem Ani z Zielonego Wzgórza – alegoria i natchnienie dla wielu.
Mój pierwszy kontakt z tą postacią był dość wczesny – właśnie podczas oglądaniu filmu o Ani, gdzie młoda wtedy, rudowłosa dziewczyna idzie przez las czytając w zapamiętaniu tomik poezji i przeżywając całą sobą losy bohaterki, która na skutek klątwy oddaje ducha płynąc łodzią w stronę osławionego (a jakże!) zamku Camelot. Niewiele wtedy z tego rozumiałam. Wiersz jak wiersz a Ania jak powszechnie wiadomo było, to dziewczę egzaltowane.
Do ponownego rozpatrzenia tej sprawy zmusiło mnie kilka lat później odkrycie podczas zapamiętałego studiowania legend arturiańskich wątku o pięknej Elaine nieszczęśliwie zakochanej w boskim, mężnym, walecznym, śmiałym, prawym (niepotrzebne skreślić) sir Lancelocie, który jednak afekty dziewoi miał w niewielkim poważaniu, bowiem od lat tajemnicą poliszynela było iż ma płomienny romans z niejaką Gwenyhfar, znaną powszechniej jako Ginewra, żona króla Artura, pana na... (uwaga) Camelot. Oczywiście, gdy Lancelot – skądinąd facet dość czułym sercu - zobaczył zwłoki niewiasty płynącej na zamek w łódce, skojarzył kilka faktów i - można rzec – poczuł się z lekka niewyraźnie...

Cóż za historia... dzisiaj o takich plątaninach uczuciowych kręci się seriale w krajach ameryki południowej – w czasach sir Thomasa Malory’ego pisano poematy i romanse, wyśpiewywane potem pokątnie przez trubadurów, truwerów i skaldów... i kogo tam jeszcze matka miała, a uzdolniony muzycznie był.

Trudno, aby tak malowniczy rys z biografii sławnego rycerza przeszedł w literaturze bez dalszego echa. Wiele lat później, w okolicach roku 1842, Tennyson, zainspirowany smutną ale i piękną historią nieszczęśliwej, niespełnionej miłości powołuje do życia postać jawnie wzorowaną na Elaine – Lady of Shalott, uwięzioną w wieży tkaczkę, której klątwa nie pozwalała nie tylko na opuszczenie jej miejsca przymusowego pobytu, ale nawet wyjrzenie z okna na otaczający ją świat.



Pani z Shalott może oglądać sceny zza okna w wielkim lustrze, wiszącym w jej komnacie i w ten sposób czerpać inspirację do swoich tkanych arcydzieł.
Los - znowu podły los - chce, że pewnego dnia dostrzega ona rycerza (!) na koniu (prawdopodobnie białym, bo jakżeby inaczej?) a jest to nikt inny jak superprzystojniak światowej sławy, nieustraszony jak lew i zwinny jak łasica Lacelot...
Cóż dalej dziać się może? Oczywiście dziewczyna zauroczona takim widokiem z drżącym sercem podbiega do okna aby choć przez chwilę ujrzeć coś więcej niż tylko odbicie w zwierciadle i...
Zerwana nić jak cienki włos,
Zwierciadło pęka w odłamków stos,
,,Klątwa nade mną”, woła w głos
Pani na Shalott.



Wybiega ze swej wieży, odcumowuje łódź i wsiada do niej, aby odbyć swoją ostatnia jakże smutną i jakże zarazem upragnioną podróż...
To co przedstawiłam tutaj, mrugając do wszystkich znad klawiatury jednym okiem, to bardzo powierzchowna warstwa tej historii. Oglądana w ten sposób jest ckliwa, mdła może nawet, momentami tak cukierkowo romantyczna że aż tylko zamiast cukru do herbaty ją podawać... więc skąd mój zachwyt i roztkliwienie nad „Szalotką”?
Z dwóch powodów – pierwszy to zamiłowanie do starych, dobrych opowieści. Moim zdaniem trochę jest tak, że wszystkie historie miłosne są jakby jedną historią, a świat opowiada ja ciągle na nowo – i paradoksalnie w tych pierwotnych, odległych na wersjach odnajduję powiew świeżości, namiętności i uczucia, które dzisiaj nie tylko trudno nam opisać ale nawet przeżyć.
Drugi powód – dla nie ważniejszy, to drugie dno tej opowieści. „The Lady Of Shalott” to dla mnie ppoemat o tym, że życie w zamknięciu, bez możliwości rozwijania się realizacji jest niewiele warte – marzenia trzeba realizować nawet płacąc zna nie wysoka cenę, bo to nadaje życiu sens i smak.
Zakochałam się w tym poemacie – nie będę zaprzeczać, ale wszystko co rycerskie, arturowe, camelotowe ma do mnie łatwą drogę.
„Szalotka” trafiła do mnie tak naprawdę przypadkiem... przez muzykę. Wiedziałam o istnieniu tego utworu i mniej więcej spodziewałam się treści wiersza znając historię Elaine, ale nigdy go nie poszukiwałam – aż przesłuchując nagrania pewnej kanadyjki – prawdziwej mistrzyni pieśni z tradycji celtyckiej - usłyszałam pierwsze linijki wiersza i poczułam się jak trafiona obuchem w głowę... przed oczami stanęła mi Ania z Zielonego Wzgórza i z każdym kolejnym wyśpiewanym wersem zaczynałam rozumieć dlaczego tak bardzo był on dla niej ważny. Kiedy go przeczytałam – przepadłam z kretesem. „Pani z Shalott” to jeden z nielicznych dowodów, ze angielski może naprawdę brzmieć pięknie... już się rozczuliłam.
Jak widać John Wiliam Waterhouse podzielał mój zachwyt tą postacią, bo namalował ją w aż trzech ujęciach... i sama nie wiem, które nich cenię najbardziej. Pierwszy obraz wisi już u nie w domu, trzeci także niebawem zawiśnie – do drugiego nie miałam szczęścia.

Jednego tylko w tych historiach nie rozumiem: ponoć Lancelot był nieszczególnej urody... to czego te durne baby tak za nim szalały? Aż strach pomyśleć jakimi zaletami nadrabiał niedoskonałości urody...

Poniżej kanadyjka Loreena McKennitt i jej wersja „Pani z Shalott”

Alem się rozpisała...



A tutaj znaleziona przezer mnie impresja na temat tego utworu - polecam :) 
00:09, lady_finnabair , Inspiracje
Link Komentarze (2) »
środa, 14 listopada 2007
Ira - wspomnienie sprzed dwóch lat

Jedziemy.
Mała biglówka szczelnie zawinięta w zielony kocyk cicho popiskuje u mnie na rękach.
Głaszczę małą, aksamitną główkę, pomrukuję do niej cicho – niewiele to niestety pomaga.
Tata z wypracowana przez lata swobodą i nonszalancją przedziera się przez zatłoczone, wieczorne ulice Warszawy.
Mnie przez głowę przelatują tysiące myśli i planów, ręce błądzą po miękkim psim futerku.
Nareszcie. Już.
Tacie wesoło świecą się oczy – już dawno nie mieliśmy w rodzinie szczeniaka. Oczyma wyobraźni widzi już na pewno swoje wyprawy do lasu, może nawet polowanie? Kto wie?
Wesoło gawędzimy o posokowcu, kupionym niedawno przez moich ciotecznych braci, kiedy to mała zaczyna się niespokojnie wiercić. Przyglądam się jej podejrzliwie, ale nie widzę niepokojących objawów...chociaż? Szczeniak kręci się coraz bardziej, a my pędzimy po ostatniej prostej Wału Miedzeszyńskiego. Zdążymy albo nie... zdążymy albo nie...
Niestety psisko kiepsko znosi swoja pierwszą podróż i mała grudka rozmiękłej karmy Royala ląduje na kocyku – cóż, w tym celu został zabrany... Szkoda tylko, że 200 metrów od domu.

Dla dwumiesięcznego szczeniaka, pozbawionego towarzystwa braci i sióstr, mieszkanie musi wydawać się ogromne i przytłaczające. Małe, niezgrabne jeszcze łapki rozjeżdżają się trochę na śliskiej podłodze, ale oczka uważnie oglądają każdy szczegół topograficzny a mały nosek węszy zawzięcie zalewając umysł psiaka falami nowych informacji.
- Tu pachnie jedzeniem! Tutaj coś ciekawego zwisa, podryguje...sprawdzę następnym razem! A ten zapach znam, to moje...
Maluszek kładzie się zadowolony na niewielkiej szmatce, którą przezornie zabrałam z jej domu rodzinnego. Już po chwili zawzięcie przeżuwa jej koniec popiskując troszkę od czasu do czasu. Wpatrujemy się w nią urzeczeni, czekając na każdy kolejny ruch. Przegląd całego mieszkania już za nami. W kuchni dumnie stoją psie miski, obok drzwi przygotowana szmatka na psie nieczystości. Wędruję za biglówą po domu i sprzątam z jej zasięgu wszystkie potencjalnie niebezpieczne, lub zagrożone przedmioty. Mała jest bardzo ostrożna, przygląda się uważnie, próbuje...
Już prawie północ, a ona ani myśli spać! Białe łapki zawzięcie tuptają tam i z powrotem, wspinają się na nasze nogi prosząc o przytulenie... serce się kraje. Nosimy ja na zmianę na rękach zadowoleni, że powoli przestaje piszczeć.
- Szykuj posłanie – mowię do Andrzeja – psisko nam zasypia. – Faktycznie, po dłuższej chwili głaskania i tarmoszenia biglówka, która od dziś ma nosić imię Ira, odpływa w objęcia Morfeusza. Odklejam ja delikatnie od siebie i kładę na posłaniu, przykrywam kocykiem... i odchodzimy na palcach w stronę upragnionego łóżka.
Jest 1.30 w nocy. O 1.45 Ira już nie śpi: daje koncert na całego. Piszczy ile sił w jej małym, łaciatym ciałku, a nasze częściowo puste jeszcze mieszkanie odpowiada głuchym pogłosem. Nieustanna fala pisków i jęków wyciąga nas z łóżka: głaszczemy, tulimy, pocieszamy... Na niewiele to się zdaje. Psiątko przestaje na krótkie chwile, po czym zaraz zaczyna na nowo – nie ma nawet mowy o spaniu, czy chociażby o wypuszczeniu jej z rąk.
Andrzej patrzy na mnie nieco rozbawiony. Tak przecież miało być – mówią jego oczy – chyba się nie dziwisz?
- Idziemy na kanapę – decyduje. – Daj mi koc i poduszkę. Uzbrojony w polarowy kocyk bierze popiskującą biglówę pod pachę i idzie do dużego pokoju. Układa się na kanapie i bierze psa do siebie. Ira szybko wtula się w jego ramię, wzdycha z głębi psiego serca. Małe ząbki sięgają co chwila ku frędzelkom koca. Ręka Andrzeja delikatnie gładzi jej futerko. Zawodzenie powoli ustaje, małe ślepka zamykają się. Zostawiam ich z czystym sumieniem i z ogromną ulgą zagrzebuję się w pościeli. ...
Ciekawe, o której będzie pobudka?

01:11, lady_finnabair , Zwierzyniec
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 12 listopada 2007
Knot - work czyli supełkowo ;)

Nie wszystkim wystarcza, że się realizuję w decu - pewne jednostki, do których mam wieloletnią słabość a one o tym wiedzą i to wykorzystują ( i słusznie) wierzą w moje możliwości i mordują mnie o pewne prace plastyczne - konkretnie ... o projekt tatuażu.
Sprawa nie jest prosta - to nie jakaś tam pierdziasta kobra czy dziki dzik tudzież tygrys co mu ....wygryzł, ale poważne, najpoważniejsze na świecie celtycko - nordyckie cudeńko... czyli coś w moim guście i w guście przyszłego właściciela.
Dodam tylko, że temat jest największej wagi... "toto" bedzie oglądać na co dzień i od święta moja bliska nad wyraz przyjaciołka z lat młodzieńczych, więc kaszanki odwalić nie można, bo nie wiedziałabym gdzie się z oczami podziać, gdyby sie jej nie spodobało.
Tak.
to tyle w kwestii okoliczności.
Uciekałam jak mogłam, mając po prostu albo stracha albo brak weny. Wczoraj w nocy ruszyło mnie sumienie i nie bacząc na łamanie w kościach wyrysowałam to, co mi od miesięcy siedziało w głowie - to oczywiście szkic ołówkiem, docelowy tatuaż miałby byc przynajmniej dwukolorowy.

Tematem miało być drzewo życia wg mitologii nordyckiej..z elementami cletika, bo tak lubimy:)

Projekt właściciela to mniej więcej:


W drodze negocjacji zdecydowaliśmy się zrezygnować z węża na rzecz splotu i wilków... poza tym i tak dostałam wolną rękę...prawda jest taka, że rozszalałam się trochę, ściąciągnęłam jeden ciekawy splot i potem to już poszło... jak konie po betonie.

Moja wersja drzewa wygląda tak:



Jestem ciekawa, co na to tatuażysta.... ;) i sam zainteresowany ;)
Spodobała mi sie robota...może coś jeszcze skrobnę? Wreszcie czas i o sobie pomyśleć ...

 

01:12, lady_finnabair , Ona pisze
Link Komentarze (7) »
środa, 07 listopada 2007
Z cyklu "Kuchnia ekstremalna" - ciasto bez jaj :)
Przepis podała mi dawno temu moja cioteczna siostra ,która z natury ceni rzeczy w dobrym guście a przy tym wyszukane.
Cóż, jeśli ciasto bezjajowe nie jest wyszukane, to ja jestem chińska księżniczka...
ma wiele zalet:
- nie musisz mieć jaj, żeby je piec (zaleta feministyczna);
- nie musisz mieć jaj, żeby je piec (zaleta dla ostrożnych i strachliwych);
- nie musisz mieć jaj, żeby je piec (zaleta dla oszczędnych);
- a poza tym, naprawdę nie musisz mieć jaj, żeby je piec...i do tego jest wyśmienite...

niestety, są też wady - aby zrobić ciasto musisz mieć:

§ 1,5 szklanki mąki
§ 1,5 szklanki cukru pudru
§ 1,5 szklanki kaszy manny
§ 1 łyżeczka proszku do pieczenia
§ 1 cukier waniliowy
§ 2 kg kwaśnych jabłek
§ 1 margaryna (lub minimalnie więcej)

Przygotowanie:
Wymieszać wszystkie sypkie składniki w miseczce (polecam użycie rąk - to takie miłe uczucie.... - ach rozmarzyłam się....)i podzielić na 3 równe części.
Oczywiście jeśli będą równe tylko mniej więcej, też nic się nie stanie, bo i dlaczego miałoby.
Następnie należy wykonać kolejną brudzącą czynność - wysmarować i posypać bułką tartą blachę lub inne korytko do pieczenia,po czym wysypać na nią 1 sypką część.
Pierwsze koty za płoty, lecimy dalej z tym ciastem.
Teraz czas, aby nałożyć połowę startych na tarce jabłek, przykryć je drugą sypką częścią ciasta - jeśli bedzie te jałka troszke widać, wszystko dobrze :) potem znowu nałożyć jabłka i przykryć je częścią sypką.
Uwaga - teraz najciekawsze: na wierzchu całego ciasta a w zasadzie surowizny ułożyć równomiernie pokrojoną w cienkie plasterki margarynę.(co za zaskoczenie...)
Piec ciasto w piekarniku rozgrzanym do ok. 180 stopni przez około 50 minut, choć czasem można dłużej, żeby na pewno się dopiekło :)
I to tyle - potem pozostaje nam juz tylko rozkoszowanie się wybornym smakiem tego niecodziennego specjału :)
wtorek, 06 listopada 2007
Rozmowy zaduszkowe

Ciemna noc, głucha cisza.
Leżymy już w łóżku, ciasno wtuleni w siebie i rozmyślamy metafizycznie i pozagrobowo.
Mnie ogarnia nostalgia i podgryza mnie niepokój... jak to bedzie dalej?
Gwarancji nie ma nigdy, a sama wiara chwiejna jest...
- Słuchaj - mamroczę sennie , lekko niewyraźnie z powodu naciagniętej po sam nos kołdry - to chyba niemozliwe, żeby potem nie było nic... z drugiej strony to byłoby strasznie głupie i bezsensowne - pocieszam się jak umiem.
- Mhm. - mruczy Jędrek - Zawsze pewne są robaczki - zajmiemy inne miejsce w łańcuchu pokarmowym - zuważa rzeczowo.
Wcale mnie to nie uspokaja. Nic a nic, postanawiam drążyć temat.
- Ale ta niepewnosć jednak jest... jak tak pomyślę - co się z nami stanie? Czasemt o jest straszne - wpadam w coraz smutniejsze tony.
- Jak to co się stanie? Dostaniemy mały biały domek na półwyspie Dingle, będziemy mieć stadko psów i może papugę, ty będziesz sadzić kwiaty i malować a ja...nie wiem co będę robił. - tutaj koncepcja mojego meża się urywa.
Po chwili dodaje znowu: - Albo zaczniemy nowe życie: ty będziesz myszką a ja bakterią...w kiblu. - rzuca lekko na dobranoc.


To sobie długo nie pożyjesz w dobie Domestosa - myślę po cichu, ale już nic nie mówię.

00:51, lady_finnabair , Dialogi domowe
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2